Słonecznie 19°C

150 LAT LINII KOLEJOWEJ

150 LAT LINII KOLEJOWEJ

1. CZY TO ABY WITNICA ?
Latem roku 1939 rodzice mieli się przeprowadzić z Lututowa, gdzie się dziewięć lat wcześniej urodziłem, do powiatowego miasta Wielunia, w którym zbudowali dom. Nasza miejscowość, położona w pobliżu granicy z Niemcami, wypełniła się wojskiem i o przeprowadzce mowy być nie mogło. Wybuchła wojna. Pierwsza bomba zrzucona z samolotu w tej wojnie spadła na wieluński szpital. Nasz dom nalot oszczędził, ale zajął go niemiecki urzędnik. Gdy w styczniu 1945 roku radzieccy żołnierze przepędzili Niemców z tych stron, ojciec wysłał mnie do Wielunia bym sprawdził czy dom stoi. Opuszczony przez Niemców stał, a po jego izbach grasowali miejscowi poszukiwacze wojennych łupów. Po moim powrocie, rodzice zadecydowali: jedziemy do Wielunia! Gdy dojechaliśmy, okazało się, że nasz niewielki jednorodzinny domek zajęli bezdomni. Mowa już była o odbudowie „demokratycznej i sprawiedliwej Polski świata pracy" i trzeba było dzielić dach z lokatorami. Ojciec podjął pracę w biurze miejscowego browaru.
Przed wojną tata był urzędnikiem w gminnych biurach kilku miejscowości. W Wieluniu latem tego roku spotkał znajomego z przedwojennych władz wojewódzkich w Łodzi, który teraz pracował w Urzędzie Wojewódzkim w Poznaniu. „Panie Czarnuch, pan ze swoim doświadczeniem samorządowca tutaj w browarze się marnuje. Potrzebujemy na Ziemiach Odzyskanych burmistrzów i wójtów. Niech się pan zgłosi". Mama miała kłopoty z zastanymi sublokatorami i efekt tej propozycji, w postaci dokumentu powołania ojca na stanowisko burmistrza miasta Witnicy przez wojewodę Feliksa Widy-Wirskiego z dniem 17 sierpnia 1945 roku, znajduje się w zbiorach archiwalnych Towarzystwa Przyjaciół Witnicy. Po kilku tygodniach urzędowania ojciec wezwał mnie do Witnicy, bym przygotował mieszkanie do przyjazdu tutaj całej rodziny.
Jazda pociągiem do Witnicy była moją pierwszą w życiu kolej ową podróżą. Stukot kół robił na mnie nieprzyjemne wrażenie jazdy rowerem z kolami bez ogumienia. Jechałem z Wielunia do Ostrowa na zewnątrz wagonu stojąc przed drzwiami wagonu na długiej desce jego stopnia i trzymając się poręczy. Dalszą drogę spędziłem już w zatłoczonym jego wnętrzu, w którym co młodsi podróżni rozlokowani byli także na półkach.
Pod wieczór dotarliśmy do Gorzowa. Poradzono mi: uważaj byś nie przegapił stacji. Miałem wysiąść na następnym przystanku po Pieraniach, jak nazywała się wówczas stacja Nowiny Wielkie. Gdy wysiadłem, zaniepokoił mnie szyld dworcowy z nazwą stacji a na nim Wicina. Towarzysz podróży, który wysiadł ze mną, poradził, bym się tym nie przejmował, bo dojechaliśmy do Witnicy. Przy kolacji ojciec opowiadał, że miał ten sam lęk, gdy z nominacją na burmistrza Witnicy wysiadał na stacji Wicina. Zamieszanie wynikło z tego, że kolejarze poznańscy nadali nazwy stacjom kolejowym jeszcze w marcu 1945 roku, nim powołano oficjalną komisję do zmiany nazw niemieckich na polskie. Nominacja ojca na burmistrza Witnicy oparta już była na urzędowych ustaleniach, podczas gdy na kolei nadal obowiązywały nazwy z marca.
Ta pierwsza życiowa przygoda z koleją w ogóle, a od Krzyża z dawną Königlische Ostbahn, czyli Królewską Pruską Koleją Wschodnią w szczególności, miała mnie związać tyloma emocjonalnymi nićmi z miastem, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej nosiło nazwę Vietz /Ostbahn. I nazwę tę spotykałem potem na ścianach budynków skrzętnie w ramach akcji „repolonizacji Ziem Odzyskanych" przez nas harcerzy zamalowywanych i usuwanych. Miałem z nią do czynienia na co dzień w szkole, gdzie z braku zeszytów używaliśmy druków firmowych tutejszych fabryk. Tamte napisy zniknęły z mych oczy, pozostał natomiast Vietz /Ostbahn na reklamowych drobiazgach w znajdywanych w wieszakach do garderoby, zegarowych cyferblatach, tabliczkach firm, na pamiątkowych szklankach, kuflach, talerzach, które na ogół przetrwały odwetowe emocje i są dziś tak poszukiwane przez kolekcjonerów regionalnych pamiątek. Bowiem pozbawieni lęków, poczuliśmy się tutaj w polskiej Witnicy u siebie i ta niemiecka nazwa miejscowości pozbawiona została podtekstu politycznego i stała się tylko historycznym faktem i ciekawostką. Zbiór takich eksponatów z napisami „Vietz / Ostbahn" oglądać można w Witnickiej Izbie Regionalnej prowadzonej przez Towarzystwo Przyjaciół Witnicy.


2. PIES
Po powrocie do Wielunia poinformowałem mamę o tym, co w Witnicy ojciec już zgromadził i zabieranie jakich sprzętów domowych jest zbędne. Wynajęliśmy wraz z panią Gertrudą Stachułową wagon towarowy, załadowaliśmy bety, walizy, kosze i skrzynie, i w dwie rodziny ruszyliśmy na zachód. Pani Stachułowa prowadziła w Witnicy stołówkę pracowniczą Zarządu Miasta i zamierzała otworzyć w jego budynku lokal gastronomiczny o nazwie „Kasyno Obywatelskie".
Ojciec był myśliwym i zakupił w Wieluniu wyżła. Był to szczeniak, wymagający dopiero ustawienia. Nasz wagon był doczepiany do różnych pociągów i często mieliśmy dłuższe postoje na bocznicach. Podczas takiego postoju w Krzyżu na sąsiedni tor wjechał pociąg. Wypisz wymaluj z Lokomotywy Juliana Tuwima. Pociąg szabrowniczy ze zrabowanymi na Ziemiach Zachodnich najprzeróżniejszymi urządzeniami, maszynami, meblami z wagonem osobowym w środku, a w nim grubasy zajadające kiełbasy. Wejście do wagonu grubasów było na wprost naszego wagonu, i mój głupi szczeniak został zwabiony do ich wagonu smakowitym zapachem wędlin. Nim się spostrzegłem jak pociąg szabrowników wraz z naszym psiakiem ruszył na wschód. Przerażony pobiegłem na stację, do wojskowego posterunku z żołnierzami polskimi i radzieckimi, gdzie z płaczem opowiedziałem o tym co się stało. Z wartowni wyszedł polski oficer i pocieszając mnie, że psa odzyskam, udał się do zawiadowcy stacji. Tu rozkazał mu pociąg z grubasami zatrzymać na stacji Drawski Młyn, psa odebrać i odwieźć do Krzyża najbliższym pociągiem. Potem zwrócił się do mnie słowami: „A teraz chłopcze biegnij po pól litra, bo będziesz musiał się przecież odwdzięczyć kolejarzowi za fatygę, gdy za dwie godziny psa tobie przywiezie". Za dwie godziny rzeczywiście psa odzyskałem i zgodnie z radą człowieka znającego wojenne i powojenne obyczaje i odwzajemniłem się kolejarzowi butelką wódki, którą ten przyjął z rąk nastolatka jako rzecz oczywistą.
Alkohol pełnił w tym czasie funkcje waluty i pani Stachułowa, osoba w tej materii bardzo kompetentna, wiozła ze sobą spory zapas tego płynnego kapitału. Sięgała do niego od czasu do czasu, gdy uznawała, że nasz wagon podejrzanie długo stoi na bocznicy. Powszechne bowiem było w tym czasie powiedzenie: Ojciec porządny, matka cnót pełna, a syn…. kolejarz! „Ziemia Lubuska" - pismo ukazujące się w Gorzowie pisała w listopadzie 1945 roku o czystce w szeregach Służby Ochrony Kolei, gdzie na miejsce dotychczasowych strażników zatrudnić miano zdemobilizowanych żołnierzy.
Stacja Krzyż w tym czasie była zapełniona tłumami wynędzniałych podróżnych. Bocznice zapchane składami pociągów wojskowych i cywilnych. Grasowały bandy złodziei. A tu ja ze swym głupim szczeniakiem i ta niewiarygodna historia z jego odzyskaniem! Dziękuję ci Panie Anonimowy Oficerze za cenną dla mnie lekcję empatii. Sztuki wczuwania się w cudze sprawy. Jej tajniki tak były mi potem pomocne, gdy zdecydowałem się zostać nauczycielem.

 
3. SAMOLOTY
Przejeżdżając pociągiem na trasie Witnica - Nowiny Wielkie, za każdym prawie razem oczyma duszy widzę błyszczące w słońcu samoloty stojące w pobliżu torów na radzieckim lotnisku polowym pod lasem między Białczykiem a Pyrzanami. Wtedy w latach 1945-46 zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że z ich obrazem utrwalonym w pamięci dotrwam mych lat. Wszak po raz pierwszy widziałem lotnisko, a jak prawie każdy chłopak tych czasów marzyłem aby zostać pilotem. Wtedy na drzwiach mego pokoju zamieściłem kartonik z napisem: „Inżynier kapitan Zbigniew Czarnuch". Samolotów było początkowo wiele, ale gdy w połowie roku 1946 pułk lotniczy ostatecznie opuścił Witnicę i zagrody w Białczaku, na lotnisku pozostało kilka wraków. Z ich rozbiórki żyło wtedy sporo okolicznych osadników. Aluminiowe blachy i inne cenne metale z których były zbudowane, zwożono na stację w Witnicy, gdzie działał punkt skupu. Do dziś mam w oczach kolejny obraz z tymi samolotami związany - wielkie złomowisko usytuowane po obu stronach torów witnickiego dworca oraz w szopach przy Żwirowej z połyskującymi w słońcu częściami skrzydeł, ogonów i fragmentów kadłubów. Tragicznie skończyła się zbiórka lotniskowego złomu dla rodziny kolejarza pilnującego szlabanu na przejeździe w Białczyku, gdy w żelastwie zgromadzonym na podwórku znalazła się mina, która eksplodując rozpryskującym złomem uśmierciła cztery osoby. Według doniesienia z roku 1947 skład złomu na stacji w Witnicy prowadzony przez Teodora Chorytoniuka w jednym tylko miesiącu tego roku wysłał do Leszna 10 wagonów blach, a do hut na Śląsku 60 ton złomu.
Do dziś przy torach kolejowych widać linie rowów strzeleckich chroniących lotnisko, a w lasach doły po stanowiskach dział przeciwlotniczych. Niedawno rozmawiałem z posiadaczem aparatu do wykrywania metali ukrytych w ziemi, który kilka lat temu znalazł w okolicy lotniska dużą ilość pocisków, a ostatnio wykopał kilka luf karabinów maszynowych. Opowiadałem mu o informacji jaką znalazłem w gorzowskim archiwum, że w pobliżu lotniska przy torach kolejowych, jeszcze kilka lat po wojnie leżały duże ilości skrzyń po amunicji. Na to odparł: „Teraz wiem skąd się tutaj wzięły te warstwy zawiasów i innych okuć skrzyń znajdywanych pod trawą".
A o zawartości tych skrzyń z lasu spod Białczyka dowiedziałem się w latach osiemdziesiątych na stacji w Krzyżu, gdzie w poczekalni kolejowej dane mi było spędzić w mym długim życiu tyle godzin. Pewien podróżny z Czarnkowa siedzący przy tym samym stoliku opowiadał, że wraz z kilkoma innymi mieszkańcami tego miasta został w marcu roku 1945 zmobilizowany przez żołnierzy radzieckich i wywieziony do Białczyka, gdzie zakwaterowani w jakimś budynku w pobliżu rowu melioracyjnego, zatrudnieni zostali do wyładunku skrzyń z bombami i pociskami artyleryjskimi. Część ich zawartości lotnicy wykorzystali podczas walk o Kostrzyn i Berlin a artylerzyści podczas nalotów niemieckich samolotów na lotnisko, z których jeden został strącony w pobliżu Nowin Wielkich i w lesie jeszcze dziś znajduje się ślady po jego upadku.


4. FABRYKA CZEKOLADY
Od lutego 1945 roku Sowieci wkraczając na teren zwany później Ziemią Lubuską przebywali tu na prawach wojsk okupujących Niemcy, bowiem trzeba będzie jakiś czas poczekać nim pojawią się tu Polacy i zorganizują polską administrację. Sowieci w pierwszych miesiącach swego tu pobytu traktowali te ziemie jako obszar rewindykacji zniszczeń wojennych jakie Niemcy dokonali na ich ziemi, oraz jako odszkodowania za wywołaną przez nich wojnę. Wywożono więc stąd niektóre urządzenia przemysłowe i inne wojenne zdobycze, których magazyny znajdowały się w kilku miejscach w Witnicy, w tym także na kolejowej stacji. Na terenie rozebranego magazynu dworcowego zgromadzono pianina (fortepiany zmagazynowano w zajezdni pocztowej), a w hali położonej w zachodniej części dworca zebrano maszyny fabryczne.
W ramach tego procesu kształtowania się polskiej administracji, w maju 1945 roku pojawiły się na Ziemiach Zachodnich i Północnych Grupy Operacyjne Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów i Ministerstwa Przemysłu Rządu Tymczasowego, z zadaniem przejmowania z rąk radzieckich fabryk i innych obiektów przemysłowych. Jej członkowie stwierdzili w dniu 23 sierpnia 1945 roku, że w Witnicy, w pobliżu wspomnianej hali (dziś jest częścią Fabryki Mebli na Osiedlu Południowym), stoi na bocznicy przygotowany do wywozu do ZSRR wagon z maszynami wymontowanymi przez Niemców w Krakowie, w tamtejszej fabryce czekolady Pischingera. Bardzo mnie intrygował problem dlaczego wagon z tymi maszynami skierowano właśnie do Witnicy? Dopiero kilka lat temu dowiedziałem się od ziomków z Vietz /Ostbahn, że wśród obiektów Fabryki Przetworów Ziemniaczanych "Okruna", znajdował, się zlokalizowany tuż przy torach oddział produkujący czekoladę. Rudi Kuke, redaktor pisma wydawanego przez byłych mieszkańców Mosiny, pisał w jednym z artykułów, jak to ewakuowany ze swej wsi wraz z innymi ze względu na bliskość frontu, przechodząc na początku lutego przez Witnicę w kierunku Świerkocina, był świadkiem nalotu niemieckiego samolotu, który zrzucił bombę na „Okrunę" i oddział produkujący czekoladę stanął w płomieniach. Istnienie wytwórni czekolady potwierdzili kilka lat temu inni Niemcy, którzy mieszkali po drugiej stronie torów w nie istniejącym dziś domku tuż przy mostku na Witnie. Maszyny z Krakowa miały być zapewne zamontowane w tutejszej fabryce czekolady.
Pod koniec roku 1945 kilku członków wspomnianej grupy uruchamiało witnickie fabryki, w tym Zakład Przetworów Ziemniaczanych, w którym znaleziono duże zapasy pulpy ziemniaczanej przerabianej na syrop używany do wyrobu cukierków i czekolad. Po przerobieniu pulpy na syrop, wyrób został sprzedany do Anglii, dokąd po uruchomieniu fabryki syrop ziemniaczany wysyłano przez kilka lat następnych lat. Ładowany w beczkach na wagony docierał do portu w Szczecinie.
Kilka lat po wojnie pojawiło się w Witnicy kilku Polaków przybyłych tu z Wielkiej Brytanii. Przywieźli czekoladę jako podarki dla odszukanych tu po wojennej zawierusze krewnych. Czy do jej produkcji użyto syropu z Witnicy?


5. POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM
W wierszu Tuwima mamy barwny opis pociągu, którego każdy wagon stanowi odrębny świat pobudzający wyobraźnię. Tak było na kolei do czasów wynalezienia wielkich samochodów ciężarowych, kiedy to maszynista pociągu towarowego jechał od stacji do stacji tu zostawiając, a tam dobierając do składu kolejne wagony. Pytanie co się w nich znajduje pobudzało ciekawość niektórych do tego stopnia, że trzeba było dla ochrony ich zawartości powołać straż ochrony kolei pilnującej przed ich okradaniem. W okresie rozkładu państwa pruskiego po pierwszej wojnie światowej, w Witnicy dworcowi rabusie zabili nawet kolejowego strażnika, któremu naziści wystawili potem pomnik. Ślady tego pomnika w postaci głazu narzutowego oglądać można do dziś przy rozwidleniu ulicy Sportowej i Strzeleckiej.
To bogactwo zawartości działającej na wyobraźnię dotyczyło i dotyczy nie tylko pojedynczych wagonów, ale także całych pociągów. Mury witnickiego dworca pamiętają wiele takich składów pod specjalnym nadzorem. Na przykład pędzące pociągi pospieszne składające się tylko ze salonek, w których w luksusowych warunkach podróżowali carowie, cesarze, kanclerze. Jeden z takich pociągów zatrzymał się nawet na stacji Vietz! Było to dnia 28 sierpnia 1889, kiedy przybył tutaj sam cesarz Wilhelm II. Po opuszczeniu salonki dostojny gość wsiadł do karety i w kawalkadzie innych powozów, w otoczeniu konnej eskorty, ulicami Witnicy udekorowanymi bramami tryumfalnymi, wśród szpaleru wiwatujących poddanych udał się o Mosiny na polowanie. Fakt ten wieś uczciła posadzeniem cesarskiego dębu oznaczonego odpowiednim kamieniem. Obydwa oglądać można w pobliżu kościoła.
Z lat pierwszej wojny światowej dysponujemy zdjęciem ukazującym bocznice kolejowe witnickiej stacji, na której stoi pociąg wojskowy. Ile takich pociągów wojskowych widziały stare drzewa przydworcowego parku, pamiętające czasy pierwszych pociągów?
Naziści po zdobyciu władzy zaczęli wykorzystywać kolej do celów propagandowych. Organizowano specjalne pociągi wożące ludzi na różne manifestacje polityczne i kulturalne. Dnia 23 marca 1934 roku zawitał na stację pociąg -wystawa. Ekspozycja poświęcona była propagowaniu chałupnictwa i rękodzieła.
Ostatni niemiecki pociąg specjalny krótkiej i strasznej epoki III Rzeszy zatrzymał się w Witnicy wieczorem 30 stycznia 1945 roku. Wyjechał z Gorzowa około godziny 20 zabierając kolejarzy tego miasta i ich rodziny, a także załogi kolejowych przystanków na trasie do Kostrzyna. Zabrał się z nimi także oddział żołnierzy, którzy dopiero co wysadzili oba gorzowskie mosty na Warcie - kolejowy i drogowy. Czy dosiedli się także w Nowinach Wielkich ci, którzy wysadzili most w Świerkocinie? Być może.
Był to ostatni pociąg nie tylko III Rzeszy. Zwiastował także koniec ery niemieckiego państwa panującego na tej ziemi od połowy XIII wieku.
Potem przejeżdżały już tędy specjalne radzieckie pociągi z wojskiem i amunicją. A po zakończeniu wojny pociągi z transportami Polaków ze Wschodu. Te zatrzymywały się tutaj, bo wtedy w Wit-nicy, jak im mówiono, kończyła się sieć komunikacyjna Polskich Kolei Państwowych na tej linii. Jeździły jednak dalej do Berlina wojskowe pociągi radzieckie. To nimi udawali się do zrujnowanej stolicy Niemiec niektórzy witniczanie by za słoninę i masło przywozić tutaj to, czego im brakowało. W ten sposób właściciel kina ,Kometa" zdobył brakujące urządzenia do uruchomienia kina.
W latach 50. tematem licznych rozmów młodzieży dojeżdżającej do gorzowskich szkół były Nowiny Wielkie. Koledzy z tej wsi handlowali z nami zegarkami, wiecznymi piórami, zapalniczkami i innymi towarami produkowanymi w NRD. Na stacji kolejowej w ich wsi Sowieci urządzili punkt postoju dla specjalnych pociągów, którymi jeździli żołnierze radzieccy na wymianę wojsk stacjonujących w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Żołnierzy przewożono w wagonach towarowych z pryczami, a że nie było w nich ubikacji, na niektórych stacjach zbudowano polowe latryny, przy których się pociągi zatrzymywały. Taka latryna istniała w Nowinach w pobliskim lesie. W czasie postoju z wagonu kuchennego dostarczano żołnierzom posiłek i nadarzała się okazja do handlu, w którym za alkohol można było nabyć wiele produkowanych w Niemczech drobiazgów, z czego korzystali nasi koledzy z tej wsi. Podczas przejazdu ze szkoły z ciekawością oglądaliśmy te pociągi z okna z naszego wydzielonego dla młodzieży szkolnej wagonu. W drzwiach niektórych wagonów siedzieli żołnierze z harmonistą w środku i śpiewali swe melodyjne wojskowe pieśni, które tak nam się podobały i które także chętnie śpiewaliśmy.
O innym pociągu pod specjalnym nadzorem opowiadali mi kolejarze niemieccy i ze stacji granicznej Küstrin Kietz. W latach NDR od któregoś roku na ich stację co miesiąc przyjeżdżał pociąg, zwany przez nich „atomowym". Podobno wywożono nim odpady radioaktywne z elektrowni jądrowej w Rheinsbergu. Pociąg przez Kostrzyn i Witnicę kierowano do ZSRR. Gdy wracał, na stacji pojawiał się wojskowy oddział służb chemicznych, którego żołnierze poddawali wagony odpowiednim pomiarom na promieniowanie. Wagony były poddawane specjalnej procedurze oczyszczania. Obsługujący ich kolejarze nie byli jednak poddawani badaniom na tę okoliczność. Gdy pytałem o te pociągi witnickich kolejarzy odpowiadali, że w latach 80. rzeczywiście przejeżdżały tędy jakieś tajemnicze składy konwojowane przez służby specjalne kontrolujące wszystkie kolejowe przejazdy. Pociągi te miały być nadzorowane przez samolot zwiadowczy.
W latach „zimnej wojny" któregoś dnia przyjechał na witnicką stację długi towarowy pociąg specjalny z jednej ze śląskich hut. Przywiózł most. A właściwie jego metalowe rozmaitej długości części składowe. Był to kolejowy most niejako w stanie surowym, w „kawałkach", któremu w Witnicy wyznaczono miejsce „zakwaterowania " do czasu gdyby w przypadku wojny w Kostrzynie lub w Gorzowie istniejący most kolejowy został zniszczony. Po rozwiązaniu Układu Warszawskiego elementy mostu w roku 1997 zostały wywiezione do Stargardu Szczecińskiego.
Potem, na początku lat 90 przejeżdżały tędy pociągi specjalne z wycofującymi się wojskami radzieckim z baz za Odrą. Wyglądały smutno. Stałem kiedyś na dworcu w Gorzowie, gdy skład taki przejeżdżał. Młodzież szkolna na widok radzieckich żołnierzy zaczęła gwizdać. Żołnierze w obawie przed kamieniami szyby przewożonych pojazdów pozasłaniali dyktą.


6. SZYMON GIĘTY
Podczas mych licznych kolejowych podróży często spotykałem legendarną postać gorzowskiego kloszarda Szymona Giętego z nieodłączna teczką i laską, którego kilka lat temu miasto uczciło pomnikiem. Przyjeżdżał do Krzyża by tu wsiadać do pociągu dalekobieżnego jadącego do Gorzowa i przemierzał wagony w poszukiwaniu butelek, z których sprzedaży się utrzymywał. Gdy miałem przesiadki w Krzyżu widywałem go w barze dworcowym, gdzie kiedyś zetknąłem się z jego specyficznym poczuciem humoru. Przy jednym ze stolików siedział młody człowiek ze słuchawkami na uszach, kiwając się w rytm muzyki. Siedzący za nim Gięty wyciągnął z teczki kawałek drutu oraz gazetę tworząc z nich słuchawki, które założył na głowę i rytmicznie się kołysząc dyskretnie go przedrzeźniał. Długo goście barowi bawili się z tej kpiny z nowej młodzieżowej mody, nim fan muzyki zorientował się, że jest obiektem chichotu podróżnych. Wtedy korzystając z komunikatu zapowiadającego, że nadjeżdża pociąg osobowy do Szczecina, wyszedł z sali. Na twarzy Giętego dostrzegłem kpiarski uśmieszek zabarwiony poczuciem dumy ze swego dowcipu.


7. KOLEJ WSCHODNIA DEGRADUJE BIAŁCZ I WYNOSI WITNICĘ

Kilka lat temu, w czasie jednego z corocznych spotkań dawnych niemieckich mieszkańców Witnicy i okolic w swych rodzinnych stronach, niegdysiejszy mieszkaniec Białcza przechwalał się, że jest w posiadaniu mapy Prus, na której jest Białcz a nie ma Witnicy. Witniczanie, wraz ze mną, w obronie godności miasta zaprotestowali, twierdząc że jest to niemożliwe, bo wiek, wielkość i znaczenie gospodarcze Witnicy i Białcza są nieporównywalne. Białczanin następnego roku mapę przy¬wiózł. Rzeczywiście nie ma na niej Vietz a jest Balz. Była to mapa pocztowa z połowy XIX wieku. W Białczu był wtedy urząd pocztowy ze stacją wymiany koni w dyliżansach, a Witnica poczty nie posiadała. Gdyby mapę tę wydano kilka lat później na przykład w roku 1858, już byłby Vietz, a nie byłoby Balz. Bowiem 1 października 1857 roku na dopiero co wybudowany dworzec wjechał parowóz, co zwiastowało likwidację poczty konnej i co za tym idzie przeniesienie Urzędu Królewskiej Poczty z Białcza do Witnicy.
Inny przedstawiciel ziomkostwa podarował mi pierwsze opracowanie historii wsi Vietz, wydane w roku 1902, autorstwa Fritza Pfeifera, nauczyciela tutejszej szkoły podstawowej. Tu znajdujemy datę 1 października, jako zwiastuna nowej ery w dziejach wsi gdy pojawił się tu parowóz. Opierając się na tej informacji powtórzyłem ją w opracowaniach dotyczących Witnickiego Parku Drogowskazów, tymczasem, dla ogólnych dziejów tej kolei przyjęto iż oficjalne uruchomienie linii kolejowej na trasie Kostrzyn—Krzyż miało miejsce 12 października. Być może Pfeifer pisał o jakimś próbnym wjeździe parowozu na tutej sza stację, natomiast pisze, że 12 października tego roku zlikwidowano placówkę pocztową w Białczu i przeniesiono ją do Witnicy do sklepu kupca Meyera w centrum wsi. Było to jednak mało wygodne dla dostarczania przesyłek pocztowych na dworzec i z dworca, bowiem ulice w tej części Witnicy nie były jeszcze wybrukowane, podjęto wiec decyzję o urządzeniu lokalu pocztowego w budynku stacyjnym, gdzie przed kolejnymi przeprowadzkami przez kilka lat się mieścił.
Budowa Kolei Wschodniej (Ostbahn) przyczyniła się do dalszego przeistaczania się dawnej wsi rybacko-rolniczej z hutą żelaza i kilkoma młynami, w wieś przemysłową. Powstające firmy w swych reklamach używały nazwy Vietz (Ostbahn). I tak też nazwane zostało miasto stworzone w roku 1935 ze wsi Vietz,
Scharnhorst, Radorf i osiedla fabrycznego Schmelze -Vietz/Ostbahn. Nawę miasto otrzymało w czasach, gdy po upadku domu panującego Hohenzollernów kolej przestała się już nazywać oficjalnie Königlische Ostbahn i zadowalano się ogólnym Eisenbahn - Koleje Żelazne. Ma zatem Witnica szczególny powód by świętować jubileusz Królewskiej Pruskiej Kolei Wschodniej.


8. PAMIĘĆ OKRESU ŚWIETNOŚCI
W różnych lokalnych i regionalnych czasopismach niemieckich natrafić można na drobne wzmianki dotyczące witnickiego dworca. Dowiadujemy się z nich na przykład o przetargu ogłoszonym tuż po otwarciu dworca na dzierżawę kolejowej restauracji. Albo o tym, że w roku 1872 na tutejszej stacji wsiadło i wysiadło 42.300 pasażerów, a wieś liczyła w tym czasie niespełna około 3 tys. mieszkańców, natomiast na dworcu towarowym przeładowano w tym roku 125 942 tony różnych towarów. Czytamy także, że drugą linię torów położono w roku 1877, w latach wielkiego ożywienia gospodarczego dopiero co stworzonej II Rzeszy, po wywalczeniu na Francuzach gigantycznego odszkodowania w wyniku przegranej przez nich wojny. Z tej okazji powiększony został także budynek stacyjny i połączono z pocztą stacyjny telegraf. W wyniku zbiorowej petycji - czytamy w innym doniesieniu - od roku 1905 zaczęły we wsi zatrzymywać się pociągi pospieszne. Rok potem wjechał na stację pociąg z płonącym wagonem, który się zapalił od iskry parowozu. W tym samym czasie nastąpiła wymiana personelu stacyjnego.
Przybył z Torunia naczelnik stacji Wolff, a z Gdańska mistrz drogowy Czeczorzyński. W roku 1911 oddano do użytku zbudowany obok dworca czterorodzinny budynek dla pracowników kolejowych. W tym samym okresie wyrósł obok niego budynek kolejowego hotelu. W okresie międzywojennym zbudowano nowoczesną „wieżę" ciśnień bez tradycyjnej wieży, a z wykorzystaniem pomp ciśnieniowych. Urządzenie zamontowano w ładnym nowym budynku mistrza drogowego wystawionym w modnym stylu bauhauzu.
Początek schyłku parowozów odnotowano w Witnicy w roku 1930, kiedy pojawiła się na stacji lokomotywa manewrowa z silnikiem diesla. Dwa lata później wykoleił się pociąg towarowy i uszkodzeniu uległ wagon - cysterna.
Wojnę stacja kolejowa przetrwała bez większych strat i dość szybko zagospodarzyli się tutaj polscy kolejarze. I teraz już odwołuję się do mojej pamięci w której pielęgnuję wspomnienia resztek dawnej świetności witnickiej kolejowej stacji. Jest wśród nich wspomnienie wysiadania na dworcu pod zadaszonym peronem i konieczne wychodzenie do miasta przez poczekalnię, bowiem teren był ogrodzony a w drzwiach stał kolejarz kontrolujący bilety. Wejście na peron było możliwe po okazaniu biletu na przejazd albo wykupionego specjalnego biletu zwanego peronówką. W poczekalni uderzał często w nozdrza zapach smażonych kotletów schabowych z których słynął bar dworcowy prowadzony przez Marię Grzelecką. Ilekroć widzę na talerzu ogromnego panierowanego schabowego, tylekroć wspominam witnicki bar dworcowy, na którym kiedyś taki właśnie kotlet - gigant został mi podany. W magazynie obok kasy, gdzie przekazywało się na przykład przewożony rower, który służba kolejowa przenosiła do specjalnego wagonu na bagaże, w sezonie łowów na hakach wisiały upolowane dziki, sarny i zające wysyłane do spółdzielni„ Las", w przetwórni której przerabiano je na pasztety i inne przysmaki. Wszystkie ściany poczekalni obite były tablicami ogłoszeniowymi na których wywieszano wielkie arkusze aktualnych rozkładów jazdy na kilku najbardziej uczęszczanych kolejowych trasach. Sztuka korzystania z nich i przebijanie się przez szyfry kolejowych znaków nie należała do najłatwiejszych.
Przez lata czynna była na dworcu poczekalnia dla młodzieży szkolnej, w której inspektorat szkolny zatrudniał świetliczankę pomagającą w odrabianiu lekcji. Świetlica dysponowała zestawem tak zwanych gier świetlicowych z szachami na czele, preferowanymi zwłaszcza przez młodzież z rodzin zabużańskich. Potem był czas, kiedy przed dworcem był postój taksówek, a właściwie jednej taksówki, która z czasem przeniosła swoje stałe miejsce do centrum miasta, ale w poczekalni zainstalowano telefon, którym można było ją przywołać.
W latach 80. prasa podała, że po zelektryfikowaniu linii Śląsk — Szczecin nadeszła pora na elektryfikacje linii Kostrzyn - Krzyż. I to był łabędzi śpiew Polskich Kolei Państwowych na naszej trasie. Szkoda że tylko śpiew, bo linii nie zmodernizowano. A potem… a potem przyszło to co jest. Kolej nie ma środków na pomalowanie zabazgranych ścian poczekalni i wprawienie wybitych w oknach szyb i dworzec - dla pasażerów wizytówka miasta- stał się miejscem jego kompromitacji. W wyniku interwencji Towarzystwa Przyjaciół Witnicy, miasto pomalowało poczekalnię raz i drugi. Teraz radni włączyli się w obchody jubileuszu 150. wjazdu pierwszego pociągu na stacje, fundując odmalowanie fasady stacyjnego budynku, choć nie jest on gminną własnością.
Ciekawe, czy podczas następnych wyborów opozycja wyciągnie ten piękny dowód poczucia się do odpowiedzialności za miasto i odwagi w przełamywaniu horyzontów myślenia w kategorii parafiańszczyzny jako przykład szastania groszem podatnika, gdy tyle budynków komunalnych czeka na remont?
A propos parafiańszczyzny. Pewien kaznodzieja wygłosił piękne kazanie. Wszyscy płakali. Zaintrygowała go jedyna kobieta, która nie uroniła łzy. Po nabożeństwie podszedł do niej i spytał czy podobało się jej kazanie. „Bardzo"- odparła. "Ale wszyscy płakali a pani…". "Bo ja proszę księdza jestem nie z tej parafii". Dziękuję Wam panowie Radni za tą łzę uronioną nad smutnym losem naszej dworcowej wizytówki miasta, choć budynek nie figuruje na liście nieruchomości „parafii" za które ponosicie odpowiedzialność.